Tak, jałówka. Nie mówcie mi jak mam żyć i jak mam nazywać swoje zwierzęta ;-;
Ma na imię Luna ;-;
Jest najlepszym psem jakiego dotąd miałam. Mam 100% wgląd w jej wychowanie i ułożenie, co oczywiście musiało się tak skończyć, bo uwielbiam układać psy..
Ona jednak nie jest taka, jak inne zwierzaki. Jest moja, a ja jestem jej. <3
Jednak jak się to zaczęło? W życiu miałam bardzo dużo psów. Przewijały się one już od urodzenia i nie było momentu, w którym po naszym domu nie czuć byłoby merdającego wesoło wachlarza..
Jednak w ostatnim czasie nie było żadnych nowości. Po podwórku od ośmiu lat biega owczarek niemiecki, a mama po tragicznej stracie swojej ukochanej suczki berneńczyka, nie chce więcej psów.
Jednak pewnego majowego dnia, przy ognisku, znajoma wspomina o gospodarstwie w sąsiednim miasteczku. O starszej pani, która ma mieszańce berneńczyka na wydanie. Tak to się potoczyło, że ze znajomą wykonałyśmy kilka telefonów i tego samego dnia, tj. 3 maja br. Wybrałyśmy się do gospodarstwa. Najpierw, już przy bramie, przywitał Nas przepiękny Berneńczyk. Wyglądał oszałamiająco. Zaraz potem dobiegła truchcikiem suczka owczarka... jak się okazało wilczastego, czytaj staroniemieckiego.. Na jej widok prawie się rozpłakałam, bo okazało się, że jej charakter jest nieskazitelny i w jednej chwili zapragnęłam zabrać ją do domu. Potem dobiegły dwie puchate kulki. Jakie było moje rozczarowanie gdy je zobaczyłam.. Po prostu nic takiego... nadzwyczajnego. Dwa małe Burki. Jednak pierwszym pieskiem, jakiego wzięłam na ręce była Luna. Zachwyciły mnie jej relacje z tatą berneńczykiem. Podczas gdy jej brat biegał naokoło jak oszalały, ona była spokojna. Mimo, że wygląd jak szczeniak.. taki typowy. 2/10, to i tak jej oczy sprawiły, że pobawiłam się z nią chwilę, wzięłam ciężką kulkę na ręce i stwierdziłam: " Tak. To właśnie Tobie zamierzam dać dom i spędzić z Tobą kolejne co najmniej 15 lat. Co ty na to? Pointa."
Jest najlepszym psem jakiego dotąd miałam. Mam 100% wgląd w jej wychowanie i ułożenie, co oczywiście musiało się tak skończyć, bo uwielbiam układać psy..
Ona jednak nie jest taka, jak inne zwierzaki. Jest moja, a ja jestem jej. <3
Jednak jak się to zaczęło? W życiu miałam bardzo dużo psów. Przewijały się one już od urodzenia i nie było momentu, w którym po naszym domu nie czuć byłoby merdającego wesoło wachlarza..
Jednak w ostatnim czasie nie było żadnych nowości. Po podwórku od ośmiu lat biega owczarek niemiecki, a mama po tragicznej stracie swojej ukochanej suczki berneńczyka, nie chce więcej psów.
Jednak pewnego majowego dnia, przy ognisku, znajoma wspomina o gospodarstwie w sąsiednim miasteczku. O starszej pani, która ma mieszańce berneńczyka na wydanie. Tak to się potoczyło, że ze znajomą wykonałyśmy kilka telefonów i tego samego dnia, tj. 3 maja br. Wybrałyśmy się do gospodarstwa. Najpierw, już przy bramie, przywitał Nas przepiękny Berneńczyk. Wyglądał oszałamiająco. Zaraz potem dobiegła truchcikiem suczka owczarka... jak się okazało wilczastego, czytaj staroniemieckiego.. Na jej widok prawie się rozpłakałam, bo okazało się, że jej charakter jest nieskazitelny i w jednej chwili zapragnęłam zabrać ją do domu. Potem dobiegły dwie puchate kulki. Jakie było moje rozczarowanie gdy je zobaczyłam.. Po prostu nic takiego... nadzwyczajnego. Dwa małe Burki. Jednak pierwszym pieskiem, jakiego wzięłam na ręce była Luna. Zachwyciły mnie jej relacje z tatą berneńczykiem. Podczas gdy jej brat biegał naokoło jak oszalały, ona była spokojna. Mimo, że wygląd jak szczeniak.. taki typowy. 2/10, to i tak jej oczy sprawiły, że pobawiłam się z nią chwilę, wzięłam ciężką kulkę na ręce i stwierdziłam: " Tak. To właśnie Tobie zamierzam dać dom i spędzić z Tobą kolejne co najmniej 15 lat. Co ty na to? Pointa."
Później już tylko przyjechałam z nią z powrotem na ognisko. Mama nie odezwała się ani słowem, tacie suczka od razu przypadła do gustu, bo strasznie przypominała mu psa, którego miał dawno dawno temu. Mieszańca owczarka niemieckiego i podhalańskiego przywiezionego aż z drugiej części Polski. Może kiedyś opowiem o tym 70-o kilogramowym psie.
Mój brat w pierwszej minucie stwierdził, że przywiozłam kota, bo o na pewno nie jest pies. Mimo, że ma talent do niezwykłego narzekania na wszystko, dał suczce spokój gdy tylko 2-u miesięcznemu szczeniakowi powiedział 'siad', a ona natychmiast usiadła.
Potem zaczęło się szkolenie i nauka.
Na tych zdjęciach widzicie ją prawie na początku. Umiała już wtedy siadać i dawać obydwie łapy na zawołanie. Uczyłam jej też tego, żeby nigdy nie jadła z podłogi, jedynie z ręki, aby zapobiec w przyszłości np. zjedzenia trucizny.
Tutaj już maluszek uczył się aportować i przenosił bez problemu w zębach butelki z piaskiem. Skakał na zawołanie. Umiał już pozostać na miejscu, położyć się. Znał komendy NA DWÓR, NA DÓŁ, ZOSTAW, PUŚĆ.
Kilka nowych zdjęć
A takie poduszki otrzymałam ja i przyjaciółka ^,^ <33










































